Jezus Chrystus – jedyna droga i Bóg Wszechmogący

Każdy człowiek żyjący dzisiaj, jak i wcześniej na świecie zadawał lub zadaje sobie pytanie, skąd przyszłem i dokąd zmierzam, czy istnieje jedyna nieomylna droga, która mam kroczyć. Człowiek tak naprawdę nie chce wielu dróg, on chce jedną i pewną drogę, którą by zmierzał naprzód, kierując się nią w swoim życiu.

Człowiek nie chce wielu idei, w których się ustawicznie gubi, miesza i tak naprawdę zdąża na manowce, chcemy mieć pewność własnych kroków, własnego kierunku w którym idziemy, nie chcemy żyć w niepewności, bo to tak naprawdę nas zabija.

Chcemy pewności, ale czy w dzisiejszym świecie jest to możliwe, świecie pełnym idei, dróg, filozofii? Ktoś spyta mnie dlaczego Jezus ma być tą drogą, dlaczego nie Budda, Mahomet, czy inny wielki człowiek, skąd ta pewność że On był tym za kogo się podawał, czy nie był kolejnym fanatycznym nauczycielem zapatrzonym w siebie?

Czy może każdy człowiek jest tak zdolny i mądry, że jego wewnętrzny głos poprowadzi go najodpowiedniejszą drogą do szczęścia. Dlaczego Jezus. Zanim zaczniemy się nad tym zastanawiać, należy zaznaczyć że Jezus mówił o sobie jako o kimś szczególnym, wielu ludzi ocenia Go i odrzuca, nie zwracając uwagi na to co mówił o sobie, a swoją opinie kształtują w oparciu i zdanie innych. Jezus mówił o sobie tak, jak nikt przed nim i nikt po nim, mówił że jest Synem Boga, Mesjaszem, Odkupicielem. Co jest również ważne, nie można w stosunku do Jezusa zostać obojętny, albo Go się przyjmuje ze wszystkim co On mówił, albo się go odrzuca całkowicie, moim skromnym zdaniem nie można uważać go „tylko” za proroka, jak to czyni judaizm i islam, bo on nie uważał się „tylko” za proroka. Nie można odrywać opinii o człowieku, od tego co on sam o sobie twierdzi,. Żydzi Rzymianie za czasów Jezusa o tym wiedzieli, pytając go, co osobie samym sądzi, i jaką mocą czyni, to co czyni.
Przytoczą pewien fragment opowieści pewnego konfucjanisty z Chin, który długo szukał prawdy, a jego opowieść brzmiała: „Na skutek moich grzechów wpadłem do głębokiej, błotnistej jamy, z której nie mogłem się wydostać. Ale oto przechodził mądry Konfucjusz. Usłyszał moje wołanie o pomoc i powiedział: ‚Ach, biedaku, gdybyś mnie posłuchał , nie przydarzyłoby ci się to’ – i poszedł dalej. Potem zbliżył się Budda i zauważył: ‚O, nieszczęśniku, gdybyś chociaż do połowy się wspiął, to dalej bym ci już pomógł!’ – i odszedł. Także Mahomet zwrócił uwagę na mnie nieszczęsnego i zawołał: ‚To właśnie kismet – nieodwracalny los!’ – i oddalił się. Wreszcie do dołu zbliżył się Pan Jezus Chrystus. Zobaczył mnie, zstąpił w dół i wyciągnął mnie’”

Ta krótka historia pokazuje istotną różnicę między osobą Jezusa, a innymi postaciami religijnymi, ale co jest najważniejsze w tym wszystkim to uzmysłowienie sobie że nasze ludzkie życie tkwi w w „głębokiej, błotnistej jamie”, może w tych czasach nie jest modną sprawa mówić o grzechu, ale nawet jeśli nie chcemy używać tego terminu, to nasze życie ludzkie wskazuje że coś nie gra, wojny, zbrodnie, wydawać by się mogło tak cywilizowanego społeczeństwa XXI wieku. Czy tak naprawdę coś się zmieniło od starożytności, niesławnego średniowiecza, prócz techniki, wynalazków, czy natura ludzka przeszła ewolucje na wyższy stan, doskonalszy? Odpowiedzmy sobie sami, ale chyba odpowiedź będzie negatywna. Ludzkość tkwi w „bagnie”, głębokim dole, i nikt nie potrafi jej wyciągnąć. Ta krótka historia opowiedziana przez chińczyka obrazuje, że tylko nadnaturalna interwencja Boga może nas wydobyć. Sęk w tym że MUSI to być interwencja samego stwórcy, bo człowiek nie może nawet podpełzać do wylotu, jak chciał tego Budda.
Islam, Judaizm, Konfucjanizm itd. stawiają na własne zabiegi człowieka, jego dobre zamiary, jego wrodzona dobroć. Ale chrześcijaństwo jako jedyna religia, mówi że człowiek jest z gruntu zły, nie liczą się dobre zamiary, bo efekt końcowy jest zawsze taki sam.

Biblia mówi: „Nie ma ani jednego sprawiedliwego. Nie masz kto, kto by rozumiał, nie masz kto by szukał Boga. Wszyscy zboczyli, razem stali się nieużyteczni, nie masz kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego” [Rzym 3:10-12], to osąd biblii, smutny, ale doświadczenie mówi że prawdziwy. Jeśli tak to kto nam przyjdzie z pomocą, kto nas wyciągnie? Mahomet, Budda, Konfucjusz, oni tylko usiłują wskazać drogę, ale nie chcą kiwnąć palcem! Ale Bóg w swojej miłości posłał swojego, jednorodzonego syna, Jezusa, aby nas wyciągnąć, nie moralizować jacy to jesteśmy beznadziejni, bo ludzie tak naprawdę to wiedzą, nie rzucił kamieniem w nierządnicę, by przez to potwierdzić jej beznadziejność, ale zmiłował się nad jej życiem, wyciągnął ją z dołu osobiście, i dał jej nowy cel w życiu. Jezus nie tylko pokazuje jedyną drogę, ale On jest tą jedyna drogą.

Jestem pragmatykiem, moje wnioski są pragmatyczne, nie będę słuchał osób, które nic nie zrobiły dla mnie by mnie ratować, będę słuchał Jezusa, która pofatygował się do głębokiego dołu, pełnego nieczystości, ciemnego, gdzie siedziałem bez nadziej, nie mogąc się z niego wydostać, i wyciągnął mnie na światło. On tego nie musiał robić, mógł mnie upokorzyć stwierdzając że znowu zawiodłem na całej linii. Ale Jezus mnie umiłował aż na swoja śmierć, i za to Go kocham, i za to chcę podążać za nim, bo On jest Jedyną drogą i prawdą i życiem wiecznym.